Turystyka-podróże - fotoreportaż Fotografia krajoznawcza - powrót  Wróc do strony głównej


 


Turystyka-podróże - fotoreportaz z wyprawy do Maroko,
dolina tysiąca ksarów i afrykańska konkurencja Oahu czyli plaża Legzira

Fotografie i opis - Sławomir Orłowski 2009


Afryka dzika dawno odkryta, będzie moim piatym odwiedzonym kontynentem a Maroko pierwszym afrykanskim krajem. Po wizycie w Irlandi spodziewam się że w koncu podbuduje się jako Polak ze ktoś nas w końcu goni w rozwoju cywilizacyjnym, że to nie my zamykamy listę. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Cóz okazało się że w wielu aspektach musimy gonić nawet Afryke, podróże po raz kolejny okazało się że kształcą. Na południu Maroko wytwarza sie jeden z najdrozszych olejów świata - olej arganowy. Do uzyskania 1l oleju potrzeba aż 30kg owoców drzewa arganowego. Na zdjeciu jeden z bardzo charakterystycznych dla Maroka obrazków: samowypasajace się kozy, wchodzą na niewysokie drzewa arganowe. Drzewa arganowe żyją 130-500lat. Nazywane są złotem Berberów, za sprawa niezykle cennego oleju 300DH za 1l. Drzewo to zaczyna owocować w wieku 40-60 lat i cała produkcja oleju jest reczna, produkt jest całkowiecie organic i ma wiele własności zdrowotnych obniża poziom cholesterolu, poprawia krążenie i buduje naturalną odporność organizmu coś czego nie da się osiągnąć przy pomocy żadnych środków dostepnych w naszych aptekach, gdyby się dało apteki szybko by zbankrutowały :)



.Przed nami tygodniowy pobyt, zaraz po zakwaterowaniu ruszamy na miasto aby rozeznać się jak wyglądają możliwości podróży na własną rekę. Okazuje sie to trudniejsze niz myślelismy jedyny jezyk europejski tu używany to francuski, z truden znajdujemy biuro w którym przemiła marakańska francuska mowi jezykiem królowej Elki. Decydujemy sie wziąść kierowcę, nieznamy kraju jego realiów, nie mamy czasu do stracenia, boimy sie złych dróg grasujacy lwów czy niebezpiecznych plemion. Zatem dopłacamy extra za kierowce który słuch po angielsku. nie wychodzi żle 650DH za dniówke (all included). Ustalamy 3 dniowa trasę prawie 2000km i wyruszamy na podbój pustynnego Maroka. Po 2h jazdy jesteśmy u podnóża Atlasu który nie przypomina żadnych znanych nam gór.



Nasza przemiła włascicielka biura zapewniała że nasz Omar can listen English (słucha) po angielsku, co mylnie zinterpretowaliśmy ze rozumie po angielsku. On tak jak zapewniała właścicielka nie mnie nie więciej tylko słuchał z pełnym zainteresowaniem i szczerym uśmiechem. Było wesoło. Jego angielski nie był taki zły na STOP PHOTO stawał w każdym miejscu nawet na wąskiej wijącej się przełeczy w Atlasie wysokim. Foto w końcu rzecz święta turysta ma być zadowolony. 300km od Adagir wylądowaliśmy na drogach białych wg Lonely Planet nie przejezdnych z żalem muszę stwierdzić że owszem były one wąskie 5m na obie strony ale równiejsze niz 85% dróg w Polsce wręcz o idealnej nawierzchni, czegoś takiego jak krajowa jedynka nie widzialem tam nigdzie. Co już zupełnie dołujące w Maroko nawet pod chodniki robi sie wylewki betonowe coby nie przypominaly one powierchchni baltyku po 2 latach. Cóż oni maja króla a my dziś mamy POPISy i niezliczoną hordę urzedasów. Powoli zbiżamy sie do Ait Benhaddou, stajemy na krzyżowce w wielkim nigdzie jako że jest ona słabo oznakowana just in case sygnalizujemy STOP i rozpościeramy mape i pokazujemy palcem, Omar nieco urazony po francusku nam tłumaczy ze dobrze jedziemy teraz my dla odmiany słuchamy i nie rozumiemy. Otuchy dodaje nam wielbłąd który z obojętnym spojrzeniem przerzuwa sianko i zdaje się myśleć gdzie oni się w ten upał śpiesza ?



Wspaniały timing koło 13tej jesteśmy w odległym o 375km od Adagir Ait Benhaddou. Jest to najsłynniejszy w tej częsci Afryki ksar. Słowo oznacza z arabskiego warownie. Co wyroznia Ait Benhaddou spośród tysięcy takich ksarow porozrzucanych po Maroko że w 1987 został wciągnięty na liste UNESCO, i Hollywood zdecydowal przy pelnej współpracy marokańskiego króla który uwielbia amerykańskie kino że taniej będzie zainwestowac w to urokliwe miejsce 60-70mln, przywrócić je do dawnej świetności niż wybudowac kolejne studio w LA. Wiec na przestrzeni czasu nakrecono tu wiele słynnych filmow jak (Jezus z Nazaretu 1977, Bandyci czasu 1981, Sodoma i Gomora, Klejnot Nilu 1985, Ostatnie kuszenie Chrystusa 1988, Mumia 1999, Gladiator 2000, Aleksander 2004. Samo studio otwarte dla zwiedzająych jest zlokalizowane w pobliskim miescie Ourzazate 60tys mieszkańców posiadającym lotnisko. Ksar był zamieszkaly od XVI wieku, jest usytuowany na wzgórzu u dolu którego płynie szeroka płytka rzeczka, nad którą położona jest nowoczesna berberyjska wioska. W samym ksarze dziś żyje 15 rodzin. I dorabiają sprzedając półoficjalnie wirtualne bilety każdemu kto chce zwiedzić ksar. W koncy osiagamy szczyt, widok jest bajeczny widać po jednej stronie rozposcierajaca się wioskę wzdłuż rzeki po drugiej stronie warstwowe wzgórza w kolorach od żółtego po odcienie brązu i bordo. W dolinie rosną palmy i drzewa liściaste reszta to pułpustynia, temperatury bardzo znośne koło 32C przy niskiej wilgotnosci. Uliczek jest na tyle duzo ze 90 minut w szybkim tęmpie okazuje się za malo, wzdłuż drogi powrotnej jest cale mnóstwo sklepików z zakrzywionymi sztyletami, wyrobami z ceramiki, lampami, srebra (zloto zamieszkujące tu plemie Berberow uwaza za diabelski metal). Ceny wstępne sa dosc extremalne obliczone na kosmiczy zysk, bez problemu można jednak utargowac 200-300% i wtedy jest dopiero drogo, żadko są okazje. Kupuje zakrzywiony arabski sztylet z 1200DH po komedialnym przydługim targu kupuje za 500DH (właściciel prawie płacze ze sprzedał ostatni tak tanio), 10 minut później ku mojemu szokowi, kolega kupuje kolejny ostatni za 400DH. Inny sprzedawca pyta czy my Polacy jesteśmy tacy biedni bo targujemy się strasznie, twierdzi ze Niemcy są dużo lepszymi klientami, co ciekawe sami mieszkancy Maroka w ogólności uważają ze są bogaci gdyż mają co jeść i gdzie mieszkać ( czytaj w glinianej chatce ).



Cel na dziś to Tinehir baza wypadowa do Todra Gorde. Po drodze zaglądamy do Ouarzazat, miejscowości która mieści studio filmowe gdzie montuje się filmy powstsłe w Ait Benhaddou. Samo centrum miasta uderza pustością, większość skelepików zamknieta, po ulicach włucza dię tylko nieliczne bezpańskie psy i pojedynczy turyści. Marokańczycy nie lubia psów gdyż wg legendy jeden z nich ugryzł kiedyś ich ukochanego proroka w pięte. Udeza czystość miasta, Adagir z którego wyjechaliśmy poza czyściutką dzielnicą turystyczna jest o wiele bardziej zapuszczony. Szybkie foto i jedziemy do głównej i tak naparwdę chyba jedynej atrakcji miasta czy kasbachu Taourirt, konwinientli jest on przy wyjeździe na wschód z miasta. Jest mniej okazaly niż ten Hollywoodzki który zwiedzaliśmy 2h prędzej usytuowany tez wzdłuż 4 pasmowej drogi na nie wielkim wzgórzu wiec odpuszczamy sobie i szybciej niż planowaliśmy ruszamy w kierunku doliny Dades zwanej tez dolina tysiaca ksarów. Udeża ilość robót drogowych w miasteczku, drogi główne są przerabiane na wypasione 4 pasmowki pomimo ze ruch jest symboliczny, co więcej nawet chodniki są wymieniane i wzorzystą kostkę chodnikowa układa się na wylewke betonowa a nie na ubity piach. To wyjasnia dlaczego wszystkie chodniki jeśli już są, jakie widzimy w Maroko są rowne jak stół i nasze zapady, fale chodnikowe powstające już kwartal po ulożeniu są tu nie znane.



W Tinerhir zaczynamy poszukiwania hotelu, podobno jest na głównej ulicy ale numery domów jest to wynalazek który się tu nie przyjął więc nasz Omar niezle musi nastrzępić języka aby nasz ustytylowany przy Mohammed V les Gorges hotelik odnaleźć, nazwa na tyle popularna ze są 2 takie w mieście. Co jest warte odnotowania odpowiednikiem amerykańskiej Main Street jest tu Mahamed V Ave (dziadek panującego króla). Hotelik pomimo extremalnie niskiej ceny jak na drogie Maroko150DH za dwójkę (posiada prawie 1na gwiazdkę - ma aspiracje). Okazuje się czysty przyjemny schludny. Ciekawostka okazuje się że łazienki są pozbawione dzwi, ale za to wyłożone bajecznie kolorowa mozaiką. Rozladujemy bety, i ruszamy na podbój miasteczka, zdaje się ze jesteśmy tu jedynymi białymi nie wzbudzamy jednak żadnego zainteresowania. Po drodze zagladamy do sklepiku z dywanami, obsluga nie rzuca się na nas i nie próbuje nam sprzedać czegokolwiek za bajonska kwote tylko pozwala obejrzeć towar w spokoju, zatem zamiast uceikać w popłochu ogladamy zawartość sklepu. Za 100DH wpada mi w oko bajecznie kolorowy dywanik wełniany z meczetem w Mekka. Cena niska udaje mi sie utargowac tylko 10DH bo dostalem już cenę wyjsciowa, okazuje się ze cena atrakcyjna bo to nie sklep turystyczny tylko miejscowy, a dywanik słuzy do modlitwy stąd praktyczna cena i naciągać turysty nie wypada. Sprzedawca jest tak przyjazny i sympatyczny ze piekna francuszczyzna nam opowiada o calej swojej rodzinie, pokazuje zdjęcia dzieci i dumę swojego życia ważący 90kg, wysoki na 90cm ręcznie pisany Koran. Następnego dnia rano opuszczamy jedna z największych oaz Maroka. Masteczko Tinerhir lezace na wysokości 1430m npm liczące 40tys mieszkańców jest czescia liczącej 86tys 30km długiej oazy, porastają ja lasy palmowe szerokie w niektórych miejscach nawet na 1.5km. Widok to zaiste żadki w Maroko, jadac do Tinerhir 550km od Adagiru widzieliśmy nigdzie tyle zieleni, przewaznie wypalone kolorowe skaly, liczne wyschnięte koryta rzek. Na zdjęciu wyjazd z Tinerhir.



Szczególnie malowicza jest czesci wyjazdowa z miasteczka Tinerhir od strony wąwozu Todra. Z góry podziwiamy rozległy las palmowy otoczony górami u podnóża których wyrastają domostwa, które idealnie komponują się z górmi (na zdjęciu). Przy czym słowo komponuja należy tu rozumiec dosłownie są w ich kolorze i tutejsi mieszkańcy nie maja zwyczaju niwelowania terenu wiec domy są jakby przedłurzeniem miejsca na którym stoją. Poranne jeszcze ciepłe słonce daje nam bajeczne nasycenie kolorów nieosiągalne nawet w Photoshopie. Wspinamy się w góre, o dziwo nasza małolitrażowa Kia swietnie sobie radzi, Omar dzielnie wyprzedza wszystko co spotyka na drodze jest naparwde niezłym kierowcą, co ciekawe na trasie sadzi na ile mu maleństwo pozwala 140-150km/h. W miastach jednak zwalnia zawsze do przepisowych 60km i ani km/h wiecej. Inna sprawa ze miasta są pełne ruchu pieszo-osikowo-rowerowegoo dość haotycznego, jednak szybki klakson w 90% przypadku powoduje ze ruch przenosi się w 1sek na pobocze



Krajobraz staje się już calkowiecie skalisty pozbawiony zieleniny. Wokół nas wyrastają coraz większe skaly robi się coraz wężej wjeżdżamy powoli w wąwóz. Ostatnie zdjęcia w najwyżej położonym punkcie drogi nie widać juz oazy w dole, tylko bezkresną pułpustynie i warstwowe skały.



Wjeżdziemy w najstromszą część wąwozu. Tak jak się obawiałem jest zbyt wasko i zbyt wcześnie aby słońce mogło tu dotrzeć, jest ciemnawo. Omar staje w środku wąwozu i daje nam do zrozumienia że dalej jechać nie można i ze robimy sobie 1.5h postój i potem aby realizowac program musimy jechać dalej. Nie mamy do końca przekonania bo droga 2 pasmowa perfekcyjnej jakości idzie wyraznie dalej i nie jest stroma. Ale cóż robić ruszamy na piechotkę dalej w te pędy. Najbliżej to miejsce przypomina Grand Kanyon z tą różnicą że oglądamy je od dołu i mamy zaledwie 300m szerokie skaly po obu stronach w kolorze czerwono brazowym, dno kanionu jest szerokie w najwęższym miescu na około 30m niegdyś zajmowala je rzeka która musiała oddać połowe swojej szerokości eleganckiej równej jak stół drodze która jest podniesiona na około 2m powyżej jej lustra. Ciekawe podejście do ekologi to przepiekne miejsce zostalo oszpecone na zawsze, praktycznie nie da się zrobic zdjęcia aby nie było widac drogi, uroku tez nie dodaja kable elektryczne ordynarnie przymocowane do ścian kanionu. Ale daje to staly przypyw kochanych tu Euro i jakby powoli odchodzących w niepamięć dolarow (w ogole bardzo mało Amerykanow widzieliśmy i słyszeliśmy w Maroko, 10 razy mniej niż Polakow mam wrażenie). Cóż cywilizacja weszła nawet do Kanionu gdyż jeśli Marokańczycy budują infrastrukture w swoim kraju to robią to na powaznie. Sam nie wiem czy podziwiac czy krytykować. Decydujemy się jednak na podziw bo gdyby nie ta 2 pasmówka z licznymi zakolami i miejscami widokowymi nigdy byśmy tu nie dotarli, nie zobaczyli i tobie czytelniku nie opowiedzieli.



Lokalni mieszkancy wciąż zdają się nie zauważać że XXI wieku wkroczył w kanion, mijamy kobiety zaladowane po sam dach, dźwigające na plecach dziesiątki kilogramow jakiegoś zielska wygiętee są w pałaki pod ich ciężarem. Podejrzewam że przez ostatnie tysiac lat jedyne co się dla nich zmienilo to tez teraz idąa bokiem 2 pasmowej drogi a kiedys chodzily brzegiem rwącej rzeki. Niestety bardzo protestuja gdy wyjmujemy aparat aby zrobic im zdjecie. Wogóle okazało się że ich kulturze robienie zdjęć kobieta jest nie dozwolone, pozostaje nam robienie zdjęć gdy są do nas odwrócone tyłem . Po 1km marszu kanion się otwiera wciąż wokół są wysokie skały. ale juz nie tak strome i widzimy błękitne niebo i palmy dodatek do zdjęć jak najbardziej pożądany.



Zdejmujemy kurtki tak kurtki do tej pory było tak wietrznie i zimno ze 26 czerwca w Afryce o 9:30 chodzilismy w kurtkach! Wyjasnia się tajemnica pochodzenia ogromnej ilości zielska przemycanego z mozolem przez dzisiątki kobiet. Na stokach wawozu nieco powyżej koryta rzeki która się tu znacznie rozszerza są porobione tarasy które są uprawiane przez rdzennych mieszkańców. Nie widzimy jednak nigdzie ich domostw, tereny wokół trasy tez były nie zamieszkale przez ostatnie 10km. Musza mieszkac jednak w polblizu bo na większych kamieniach kobiety robily w zolto-brazowej od mulu rzece przepierkę. Pojawiły się też kozy które zdają się jeść kamienie, bo trawa tu nie rośnie.



. Swoja droga dziwne myslenie marokańskich planistów buduja infrastrukture turystyczną której rozmachu nie powstydzilby się wujek Sam (zakladajc że ktokolwiek pozwoliłby na dnie wielkiego kanionu zbudować 2 pasmówkę) a jednoczenie po zainwestowaniu ciężkich milionow nie starczyło im kasy aby wstawić kilka nędznych kierunkowskazów przy głównych drogach. Ale i ta tajemnica się niedługo wyjaśni. Zrobiliśmy jeszcze 10min przerwy w samym centrum kanionu aby poprawic zdjęcia które zrobiliśmy rano, gdy był on kompletnie zacieniony, zniknęli już kompletnie tubylcy, praczki, kobiety zaladowane jak muly. Pojawili się turyści i sprzedawcy. Godzine 30 minut później powoli zbliżaliśmy się do kanionu Dades. Sceneria dojazdowa była nawet bardziej widowiskowa niż do Todra i zgoła różna. U podnóża gór Atlasu wyrastaly liczne ksary, malownicze wioski w kolorze czerono brunatnej ziemi u dolu oazy porośnięte palmami, przez które leniwie sączyły się na pół wyschnięte rzeki, kontrast pomiedzy brunato czerwona ziemią palmowych gajow i niebem był po prostu bajkowy.



Kolejny bajkowy ksar u podnóża Atlasu schowany w palmowej oazie. Nie mijamy żadnych samochdów, miejscowi uzywaja tylko osiołków i mułów cóż do najbliższej stacji benzynowej jest odległość 1/3 baku.



Przed smam wjazdem do wawozu pojawily się dziwaczne formacje skalne w nieco innym kolorze i bardzo magicznych kształtach cos jakby bycze jęzory monstrualnych rozmiarów poukładane jeden obok drugiego, cieżko to oddac słowami, wiec tu wklejam zdjecie, zgodnie z dewiza że zdjęcie zastąpi tysiąc słów. Wspinamy się mocno w góre kąty w niektórych momentach przekraczają 17%, Kia nie marudzi, naprawde jestem zaskoczony tym z pozoru niewinnym samochodzikiem mającym tak zła opinię za wielką wodą.



W koncu wdrapujemy się na sam szczyt, z jedej strony widzimy nasza drogę układającą się w liczne eski a z drugiej kanion z rwacą rzeką u dolu. Omar parkuje na rozszerzeniu drogi daje nam gestem do zrozumienia ze PHOTO time. Niestety czas goni i nie mamy tego luksusu aby konteplowac widoki wyjeżdżamy do kanionu. Jak w Todra rzeka musiała oddac polowe swojego koryta 2 pasmowej drodze, tym razem jest ona zaledwie 70cm powyżej rwącego koryta, a jesteśmy w porze suchej, rzeka jest totalnie nie przezroczysta wieęc jak nawet 5cm przykryje drogę nie chciałbym być na miejscu kierowcy który będzie tu usiłował przejechac i pomyli stony dla ułatwienia podam ze droga jest przy prawej krawędzi kanionu a rzeka po lewej mająć Atlas z przodu. Mamy 500km do domu i tylko 6h na jazdę aby zdążyc na kolacje i przed nami przebicie się przez przełęecz na wysokości 2502mnpm, ale nie martwmy się już wiemy że w Maroko drogi są świetne więc zdązymy. Na marginesie mają wiecej autostrad niż Polska, juz ponad 1200km i to pobudowanych bez dotacji EU ciekawe nie. W ciągu roku planują dobudować kolejne 300km przez Atlas Wysoki !!! Żeby było jasne są one skupione na terytorium mniejszym niż Polska, w terenie o wiele trudniejszym: wysokie góry, pułpustynie no i Marokańczyków jest o wiele mniej niż nas - daje to do myślenia. Cóz okazuje się ze jest taniej i lepiej utrzymywać jednego madrego króla i jego 50 pałaców niż pol miliona urzedników. Omar tak zgrabnie zasuwa nawet 140km/h przez Atlas sredni, że ze strachu że wylądujemy w Adagir przed czasem zaprasza nas na herbatę w przydrożnej miejscowosci. Knajpa jeśli można to tak nazwac sklada się z kilku zdezelowanych stolikow na zdezelowanym tarasie okupowanych przez licznych tubylcow, sama herbate (mieszkanka miety, czarnej, gałązek cytryny i czegos jeszcze) jest podawana w malym metalowym czajniczku, kazy dostaje tez monstrualnej wielkości kostke cukru, Omar wsypuje je wszystkie do czajniczka i zaczyna rytulał przelewania herbaty z dużej wysokości do 4 malutnich 120ml max szklaneczek z dużej wysokości, potem z powrotem wlewa herbatę ze szklanek do czajniczka i wykonuje 3 iteracje całej procedury. Zastanawiamy się czy robi to aby nam zaiponowac zręcznością ale okazuje się ze to taki miejscowy sposób na herbate podobno tylko tak zaparzana ma niepowtarzalny smak o którym mamy się zaraz przekonac. Nadchodzi chwila degustacji, niestety ja czuje tylko ogromnie slodka lurę może nie jestem tu najbardziej obiektywna osoba bo pije herbate zielona bez cukru, ale przelykam to tylko z grzeczności dla hosta. Sam wogole zwyczaj picia herbaty co najmniej 3 razy dzienniej pojawil się w Maroco w XIX wieku i nabyli go od Brytyjczykow. Decydujemy się pokryc rachunek za naszego goscia co okazuje się bledem, bo gdy pytamy o cenę barmana może właściciela oznajmia nam 500DH na co odpowiadamy mu ze kompletnie zwariowal (caly ten jego przybytek z meblami nie jest tyle wart), po bezowocnych pertraktacjach nic nie chciał spóścić dalemy mu 30DH co i tak jest za dużo i opuszczamy to miejsce, on wykrzykuje cos do nas, ale maczety nie wyjal wiec nie było zle. Omar sie tylko uśmiecha. Coz tu niegdy nie należy niczego brac nie utargowawszy uprzednio ceny.



Ostatni 3ci dzień naszego objazdu. Jedziemy w tajemnicze miejsce którego istnienia nie mieliśmy świadomości jeszcze 3 dni temu. Miejscowi jednak z takim zapałem mówili ze musimy to zobaczyć ze udzielil nam sie ich entuziazm. Jedziemy na południe z Adagir drogą wzdłuż oceanu. Przejeżdżamy przez Tiznit miasteczko słynące z srebrników czyli rzemieślników pracujących w srebrze. Samo Tiznit nie urzeka nas w żaden specjaly sposób male arabskie miasteczko z niepozornymi meczetami stara medina pelna setek sklepików. Udaje nam się zajrzec do jednego ze srebrnikow, rzucam okien na jego srebrną kolekcje naszyjnikow całkiem ładne ze srebra matowego o dość nietypowym wzornictwie nie spotykanym w Europie czy USA. Pytam o cenę wiedząc że będzie atronomicza plus typowa smieszace nas już zapewnienie „Special price for you my friend” czytaj "specialnie extrawysoka dla ciebie biały naszmalowany łosiu" :) Kontynujemy nadmorską trasa dość kreta co chwila jakiś rozjazd, o kierunkowskazach zapomnij, nasze szanse na dojechanie tu samemu wynajętym samochodem oceniam na zero. I chyba o to chodzi w tym calym biznesie aby dac prace miejscowym przewodnikom. Stąd wypasiona infrastruktura w wielkim nigdzie a po drodze zero oznaczeń. W koncu koło godz 13tej dojechaliśmy . Na jakiś błotnisty plac budowy na skarpie, wyglądało to dość zniechęcająco ale Omar w wielkim uśmiechem kazal nam wysiadac i isc za nim co tez poslusznie jak stado baranow uczyniliśmy. Zeszlsmy w dol i po obejściu skaly wykutą drogą ukazała się naszym oczą przedtem zaskonięta skałą piaszczysta plaża z wielkimi formacjami skalnymi w kształcie lukow gdzie jedno przęsło było osadzone w oceanie a drugie na plazy z możliwością przejścia pod mostem plażą. Nigdy nie widziałem czegoś takiego było to warte wynajęcia kierowcy i calej tej wyprawy. Cała plaza też odcieta była od ladu wysokimi skałami, wiec przypadkiem nikt tu by nie trafił.



Na km plazy było może ze 100 osob w większości miejscowi. Niestety ku naszej rozpaczy nie udalo nam się uwiecznić piekna tego miejsca w powietrzu unosila się mgla i formacje skalne były źle oświetlone słonce wciąż było zbyt nisko i schowane było za skalami ze wschodu otaczającymi plażę, najlepszy czas pobytu to wczesny wieczór. Omar tradycyjnie wybrał sobie zacienione miejsce i rozłożył się do drzemki, a my ucięliśmy sobo 2h sesję zdjeciową, i naparwde byliśmy tak zajęci że nie zdążyłem usiąść na plazy nawet na 1min. Skały w wodzie i na lądzie musiały mieć różnorodne geologiczne pochodzenie bo kazda była z innej parafii, jedne szare inne żółtawe inne bordowe kazda miała nieco inną fakture. Totalny wypas dla zgłodniałych wrażeń obiektywow. Może zabrzmi to jak bluźnierstwo ale różnorodność przebijala dla mnie do dzis nie pokonane połnocne Oahu. Z wyjątkiem fal które byly zdecydowanie mniejsze no i brak dzungli. Przez co możliwe były zdjęcia z wody o czym na Oahu można było zapomnieć. Poł godzinny spacer i przeszliśmy pod łukami. Z biska okazały się one naprawde ogromne same przesło moglo mieć ze 100m i ponad 20-30m w najwyższym punkcie. Miejsce totalnie urzekające w swojej oryginalności, do tego stopnia że bluźnierstwem byloby to po prostu bezczynne opalanie, stad nieliczni turyści którzy to zawitali znajdowali się w cieglym ruchu. Kiedys gdy postana tu wielogwiazdkowe hotele i pobuduja 3 pasmowa autostrade miejsce straci swój czar ale póki co absolutnie najwyzsza rekomendacja dla fanow nadmorskich widokow. Szarzyzna i monotonia Bałtyku będzie dla mnie jeszcze bardziej przygnebiająca. Przy samym zejściu do Legziry było pare zgrabie wmontowanych kilkupiętrowych hotelikow i restauracji gdybym był zmęczonym wyzwaniami życia biznesmenem pragnącym spędzić urlop nad morzem ciezko mi wyobrazic sobie lepsze miejsce. Biznesmen bo w Maroko byle co potrafi królewsko kosztowac a to miejsce ma na pewno ceny których NY City by się nie powstydzil oczywiście po obowiązkowym targowaniu a nóż widelec turysta nie z NYC a z Dubaju i może zapłacić więcej, spróbować zawsze warto. Gdy opuszczmy Legzirę jest już kolo 16tej


 



Podstrona zostala odwiedzona 4884 razy od 27goWrześnia 2009