Turystyka-podróże - fotoreportaż Fotografia krajoznawcza - powrót  Wróc do strony głównej


 


Turystyka-podróże - fotoreportaz z wyprawy do Parkow Narodowych: Wielki Kanion, Wupatki
oraz dorocznego zjazdu indian Pow Wow przy legendarnej Route 66,
USA Arizona – powrot na dziki zachod.

Fotografie i opis - Sławomir Orłowski 2005


Ruszylismy z Las Vegas w kierunku Kanionu, po 16tej przejechaliśmy Boulder City i wjeżdżamy do suchej jak pieprz i pustynnej Arizony. Zatrzymaliśmy się na zjeździe, aby rozprostowac nogi i zaczerpnąć swieżego pustynnego powietrza. Późne popołudnie, temperatura powoli spada - juz tylko 36C w cieniu. Kiedys komuś temperatura nie spadła albo skończyło mu się paliwo i zostal tu na zawsze ... przy słynnej drodze Route 66.
Foto: Rafał Zwiorek



Dzień powoli chyli się ku wieczorowi, z nadzieją patrzymy na termometry - przy 34C wciąż ciężko sobie wyobrazić nasz pierwszy nocleg pod namiotem. Ale wciąż jest nadzieja, bo do noclegu jeszcze 400km i 800m do wjechania w górę. Robimy postój - nasza równa jak stół I-40 z punktu widzenia kaktusa. Po 20 minutach przedzierania sie przez kolczaste przydrożne zarośla z radością wracamy do naszej klimatyzowanej Sienny. Czy kiedyś w Polsce doczekamy się tak szerokich, kilku pasmowych, pustych, wydających się prowadzić do nikąd autostrad? Ustawiamy cruise control na 75mph (5 mil powyzej dopuszczalnej predkości - mandat dają za przekroczenie o 6mph) i mijamy samochody raz na 20 minut.



Kolejny dzien 400km dalej i jesteśmy nad Wielkim Kanionem. Noc na 1800mnpm okazała się chłodna - temperatura spadła do 24C (co w USA jest powszechnie odbierane jako zimno) nad ranem. Mimo, że nas korci zobaczyc Kanion, opanowujemy naszą ciekawość i czekamy do rana. Oto jaki widok ukazał się przed naszymi spragnionymi wrażeń obiektywami. Kolejny dzien, mimo że jesteśmy w środku pustyni zaskakuje nas umiarkowanymi temperaturami do 35C, jednak większa wilgotność daje malo przejrzyste powietrze i przeciwległy brzeg jest spowiany lekką mgiełką tajemniczości.



Zaglądamy do największej dziury w ziemi na Ziemi, przed nami odległa o 14km północna krawędź i 1800m do dołu Kanionu, widok zapiera dech w piersiach. Co odważniejsi Jankesi siadają na krawędzi i machają nonszalancko nogami. Ich miny zdają się mówić ulubione w tej krainie "I do not care". Brak barierek na punkcie widokowym powoduje, że dorośli "krótko" trzymają swoje pociechy. Trawka w lewym dolnym rogu ma około 4m wysokości.



Kolejny lookout i kolejna zapierająca dech w piersiach panorama. Pomiedzy punktami widokowymi jeździ się autobusami, które kursują co 15-30 minut; jest kilka linni, samochody zostawia się przed wejściem do parku. Przy sprawnej organizacji można park obejrzeć w dwa dni.



Gdy już ogarnia nas zwątpienie i zniecierpliwienie na 10-tym punkcie widokowym udaje nam się zobaczyć rzekę Colorado, która do tej pory ukrywała swoje wdzięki przed naszymi wścibskimi obiektywami. 300mm tele i mamy ją jak na dłoni. Przewodnik mówi, że u góry Kanionu z racji wysokości i bryzy panują przyjazne warunki 30-35C a na dnie temperatura dochodzi do 50C. Może dlatego turystów zwozi się w dół przywiązanych do mułów - jak zasłabną to nie spadną :)



Kolejny dzien - kolejny punkt widokowy, po 15tym przestaliśmy je liczyć, powoli oswajamy sie z dzikim pięknem Kanionu, jednak widok wijącej się w całej okazałości rzeki Colorado znów przyspiesza nasze tętno. Do pełnej nirwany fotograficznego eldorado brakuje już tylko większej przejrzystosci powietrza, przed nami jeszcze 6h - wciąż czekamy na cud. Latajace nad nami sepy czekaja aż skończy nam się woda...



Warunki pogodowe komplikują się - nadciągają bardzo niefotogeniczne szare chumury, przeciwległy brzeg znika w oczach, samotny iglak spogląda nostalgicznie na dno Kanionu i rozmyśla nad przemijajacymi wiekami, obojętny na nasze rozterki.



Grand Canyon ściąga również 4-nogich (tak zwanych 4LD-four leg drive) turystów ze wschodniego wybrzeża - przed nami mieszkaniec Long Island.



Nasz ostatni wieczór nad Wielkim Kanionem, jutro wyruszamy dalej, i gdy już zwątpienie zaczyna ogarniać nasze serca, nagle nasze modlitwy zostają wysłuchane, ustępuje zamglenie (spada wilgotność) i przez 30 minut możemy w pełni podziwiać odległą o 14km północną ścianę Kanionu w promieniach późnego arizońskiego słońca. Przed nami być może widok naszego życia, bogactwo kolorów skal od zieleni, czerwienie aż po brazy i idealnie kontrastujące z tym błękitne niebo. Widok tak piękny, że aż komercyjny, wydaje się być aż nieprawdziwy. Oceńcie sami, mnie odebrało dech w piersiach, na szczeście pozbierałem się na tyle, aby uwiecznić to moim Nikonem. Opuszczamy to czarujące miejsce w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.



Ruszamy skoro świt i 100km dalej i 1000lat wcześniej, w drodze do Meteor City odwiedzamy mało znany Park Narodowy Wupatki, krajobraz powstał (nie park) w XI w wyniku wybuchu wulkanu. Miła odmiana do przeludnionego Grand Canyon-u, pełnego turystów. Tu jesteśmy sami w całym parku, jest tak gorąco, że nawet nikt się nie pokwapił sprzedać nam biletow, co przyjmujemy z wyrozumiałością i bynajmniej bez żalu. Przyroda powoli odbiera teren i na czarnych, kamienistych, wulkanicznych terenach pojawiają się drzewa i roślinność.
Foto: Jolanta Orłowska



Opuszczamy malownicze Wupatki (czarne góry na 2-gim planie) i spotykamy opuszczone w XVI w. pueblo indianskie. Temeratura wciąż rośnie, nie ma jeszcze południa a już mamy zdrowe 39C na karku. Pot się z nas leje litrami, ale dzielnie biegamy wokół pueblo, szukając jego lepszej strony.
Foto: Rafal Zwiorek



3 dni później i 1000km dalej w drodze powrotnej do Californi robimy objazd na kultowa I-66 (pierwsza droga, która połączyła wschodnie i zachodnie wybrzeże). Przecinany pustynny krajobraz drogą dość zapuszczoną, nie jest już tak równa jak I-40, ale kultowa, więc jedziemy. Nasze bystre orle polskie oczy wypatrują kolorowe zgromadzenie po lewej - chyba jesteśmy w czepku urodzeni, bo miesięczne googlowanie przed wyjazdem nie zwróciło nam żadnego Pow-Wow w tym rejonie (zjazd szczepów indian). A tu przed nami doroczny zjazd Pow-Wow kilkunastu szczepów odbywający sie dokładnie w tym miejscu i czasie, gdzie my jesteśmy. Zastanawiamy się jakie jest prawdopodobieństwo czegoś takiego. Czy to przypadek, czy mieliśmy tu być? Nasze szczęście tu się nie kończy - okazuje się, że nasze blade twarze mogą jako widzowie uczestniczyć w tej niecodziennej imprezie. Plakat reprezentuje punkt widzenia wodzów szczepów na temat ostatnio bardzo modnego terroryzmu w USA (2005).
Foto: Jolanta Orłowska



Nie ma róży bez kolców - nasi dzielni, nieliczni ostatni indianie nie życzą sobie być fotografowani, ostętacyjnie odwracają się do nas pioruposzami, gdy ich kadrujemy. Wolimy nie kusić naszego szczęścia, szczególnie, że tomachawk jest cześcią ich wyposażenia. W pewnym momencie wpadają w trans i bez reszty oddają się rytualnemu tańcu i zapominają o nas, przestajemy dla nich nagle istnieć. Wykorzystujemy tą zesłaną przez los okazję by uwiecznić ich na naszych CMOS-ach. Przed nami wodzowie nielicznych pozostałych już szczepów indian.



Młodzi indianie spogladają niepewnie w przyszlość ... Wg danych z pierwszej ręki (zaszczycił mnie rozmową sam szef szczepu Zuni) młodzi uciekają z rezerwatów i wtapiają się w okoliczne społeczeństwo, nieliczni pozostają by kultywować tradycje przodków. Nieliczne "wolne" szczepy indiam żyją jeszcze na stokach Grand Kanionu z dala od utartych szlaków turystycznych. Niedostępność oraz temepratury przekraczające 45C trzymają na razie turystów z dala od ich siedzib - na jak długo?


 
Reportaz ukazal sie w Gazecie Wyborczej 2008-07-22

Podstrona zostala odwiedzona 7243 razy od 3goPazdziernika 2008