Turystyka-podróże - fotoreportaż Fotografia krajoznawcza - powrót  Wróc do strony głównej


 


Fotoreportaż z wyprawy do Los Angeles
w USA Kalifornia – zakupy na Rodeo Drive w Beverly Hills.

Fotografie i opis - Sławomir Orłowski 2005


Zbliżamy się do Los Angeles, półoficjalnie nazywanego L.A. a zupełnie potocznie Lalaland. Jest to 2-gie największe miasto w USA prawie 4mln mieszkańców, ale już LA area to około 20mln, niestety mimo wysiłku 4 osób niemalże przeoczyliśmy znak Los Angeles wydawał nam się arbitralnie postawiony, gdyż zarówno przed jak i zanim teren był mocno zamieszkalny. Wiec to liczby umowne. Mimo ze to największe miasto Kaliforni, która gdyby była krajem miałaby 7 GDP na świecie, stolica jest 7-me co do wielkości i 7 razy mniejsze Sacramento, rzecz w Polsce nie wyobrażalna. LA zostało założone w 1781 roku, ale 100.000 mieszkańców już osiągnęło w 1900 roku a swój pierwszy milion w latach 30-tych XX wieku. Miasto cechuje niezwykle przyjemny klimat latem jest tu rzadko powyżej 35C i rzadko poniżej 15C w zimę przy niskiej wilgotności. Nas pod koniec lipca zastało przyjemne suche 28C. Niecała godzinę od przekroczenia city limit byliśmy przy słynnej alei gwiazd, zaskoczyła ona nas milo mnogością pustych parkometrów (rzecz niebywała w NY City). Wiec za 8 quarterek zaparkowaliśmy przy samej alei gwiazd. Po odnalezieniu gwiazdy Harisona Forda, Dolly Parton , kosmonautów którzy rzekomo byli na księżycu, Sylvestra Stalonego rozejrzeliśmy się wokół. Cóż zabudowa wokół Hollywod Blvd. Jest delikatnie mówiąc nie specjalna, maksymalnie 1-3 piętrowe papierowe budynki każdy z innej parafii, sporo naprawdę zapuszczonych, wrażenie raczej slabie. Nie było nawet co fotografować mimo szczerych chęci. Obok na Highland wpadliśmy na sklep z rzeczami gwiazd i nasze kobiety spędziły w nim 3 razy tyle czasu co na słynnej alei gwiazd.



Z nadzieja ruszyliśmy w kierunku kolejnej atrakcji napisu Hollywood na wzgórzach Hollywood. Początkowo w 1923 był to Holywoodland i była to reklama nowej dzielnicy pod zabudowę jednorodzinna, z czasem urósł on do rangi symbolu i miał nawet własnego dozorcę Alberta Kothe który w nieszczęśliwym wypadku samochodowym w 1940 pod silnym wpływem alkoholu wyleciał z drogi i przeleciał przez literę H. Jego Ford Model A oraz litera H były kompletnie zniszczone on sam nie ucierpiał. Ostatecznie w 1949 zmieniono napis na Hollywood. Aby dostrzec do znaku musieliśmy przebić się przez prawdziwy gąszcz uliczek większość ślepych, nie było łatwo, w końcu udało nam się wejść na pustynna gore z piaszczystym szlakiem i mając w pierwszym planie okazale kaktusy zrobić parę nietuzinkowych zdjęć. Okolice znaku to prawdziwa półpustynia porośnięta przez kaktusy. Nasza uwagę zwróciły dziwne bardzo kolorowe bezgłośne owady nieruchomo wiszące nad kwitami, zdaliśmy sobie sprawę ze po raz pierwszy w życiu dane nam było obserwować kolibry. Niewielka liczba turystów która prócz nas wdrapała się na to niegościnne wzgórze uprzedziła nas abyśmy nie podchodzili do znaku bliżej niż 50yardow gdy są założone czujniki ruchu która automatycznie zawiadamiają Policie o wandalach którzy do 2000 roku za punkt honoru przyjęli jego regularną dewastację. A jako ze Policja w USA jest szybka i skuteczna odpuściliśmy sobie dotkniecie znaku i zadowoliliśmy się zdjęciami z 51 yardów szczególnie ze literki maja 15m wiec wyszły całkiem dobrze.



Centrum z typowymi dla USA drapaczami w LA jest X-krotnie czystsze niż dobrze nam znane nowojorskie ale tez X-krotnie mniej barwne, mniejsze i przez to mało atrakcyjne zdjęciowo. Co ciekawe pomimo ze LA ma największą liczbę teatrów w USA ponad 90, to przemysł filmowy nie jest wcale głównym jego źródłem dochodów (jedynie źródłem sławy międzynarodowej) ale produkcja, stad słynny wieczny smog nad miastem. City of Angels jak jest romantycznie nazywane jest największym ośrodkiem przemysłowym USA!



Czekał nas nocleg na słynnej Sana Mocnica gdzie ceny hoteli zaczynają się od 200USD za noc, nam udało się zarezerwować 6 miesięcy prędzej nocleg za 75$ na dobe za pokój z dwoma king size łóżkami. Cenę z żalem potwierdził w recepcji właściciel, z żalem po odprawił z kwitkiem świeżo przybyłych gości gotowych zapłacić 150$ za miejsce. Motel totalnie zaniedbany obsługa kolorowa co nie jest zaskoczeniem bo biali nie są najliczniejszą etniczna grupą w LA, 47% mieszkańców mówi po hiszpańsku a tylko 42% po angielsku. Wystrój motelu i pokojów jak z czasów PRL-u. Ale co tam nocujemy na Santa Monica, 300m od oceanu (w tym 200 metrów plaży) i słynnego molo. Właściwością Californi jest ze im bliżej oceanu tym zimniej, na samej plaży temperatury nawet w lipcu rzadko przekraczają 27C, za to z niemalże każda milą w głąb lądu potrafiła wzrosnąć o 1C. Niestety na Santa Monica nie spotkaliśmy żadnych bombshellow ani kuzynów Arniego tłum był raczej nijaki. Nocleg za to był wpadający w pamięć, rozbawione towarzystwo o niezdarnych gardłach imprezowało do 5 tej rano. Gdy już mieliśmy nadzieję że wacko poszli spać i mamy 3h snu W ostatnim zrywie niczym koguty poszli przywitać świt na balkonie hotelowym przeciągłym wyciem. Cóż spanie w „tanich” motelach daje możliwości poznania bezpośrednich potomków zdobywców dzikiego zachodu wciąż jeszcze dzikich.



Kolejny dzień kolejne wyzwania, dziś celem jest słynne Beverley Hills, dzielnica mająca zaledwie kolo 35.000 mieszkańców, mediana dla cen domów w Beverley to skromne 2.2mln co daje dzielnicy 1-sze miejsce w USA jeśli chodzi o ceny nieruchomości. Ale podobno zdarzają się małe domki poniżej 300m2 w cenach poniżej 1mln, tylko trzeba czekać na okazje. Same okolice już wyglądały czyściej ekskluzywniej, widać było ze jedziemy we właściwym kierunku.



Dotarliśmy do serca Beverley słynnej Rodeo Drive, najdroższej najbardziej ekskluzywnej ulicy ze sklepami dizajnerskimi na świecie, przy której 5th Ave. to niemalże Walmart cenowy. Cóż drogie panie shopping time ! Zobaczymy czy uda nam się znaleźć cos na Redeo na co będziemy mogli sobie pozwolić i pokazać z dumą wnukom i powiedzieć a to kupiłem na początku wieku na Rodeo Driver w sercu Beverly.



Rodeo sprawia ekskluzywne wrażenie od pierwszego do początku do końca. Zupełnie poza amerykańskimi standardami poza zasięgiem brudnego NY bardziej przypomina uliczkę w małym europejskim miasteczku niż w USA, wszędzie czysto, wszędzie kwiaty, głownie białe róże, dwa rolls-royce zaparkowane naprzeciw siebie nie pozostawiają złudzeń co do klienteli. W sklepach dwu metrowe odstępy pomiędzy pojedynczymi artykułami i brak cen, które są tak wyśrubowane że obsługa wstydzi się je umieścić  Jedynie posiadacze kart kredytowych bez limitów (zatem nie muszących się pytać ile to kosztuje) w nich kupują. Jeśli musisz pytać ile to kosztuje to cię po prostu nie stać. Ilość ochrony w niektórych butikach równała się ilości sprzedawanych torebek. Cóż klientela tych sklepów chce mieć pewność ze jeśli kupi tu torebkę to będzie ona unikatowa i nie będzie mogła sobie na nią pozwolić Mrs. Smith.



Wpadamy i wypadamy z butików na Rodeo i znajdujemy jeden z cenami, są w nim szklane pociągi i inne wyroby kolekcjonerskie w cenach od 20-40tys dolarów. Musze przyznać ze są wykonane z dużą dbałością o szczegóły i gdy przyciąć jedno zero uznałbym to za realna wartość. Ale jak mówią “price is in the eyes of the gold credit card beholder”. Musze dodać ze wyglądamy podejrzanie i w każdym sklepie ochrona depcze nam po pietach, niezrażeni, niestrudzenie szukamy czegoś dla siebie. Na rogatkach Rodeo Dr. znajdujemy sklep nieznanego nam designera jego szmatki wyglądają naprawdę normalnie, oczywiście brak cen, znajdujemy najzwyklejsza koszulkę na ramiączkach w nie najmodniejszym kolorze tego sezonu i z wieka nadzieja w głosie pytamy extra elegancką panią z obsługi ile to kosztuje ? Zanim jednak elegancka pani z idealnie wyważoną nutka ironii, pobłażliwości i współczucia w głosie udziela nam odpowiedzi ochroniarze niczym wygłodniałe sępy zacieśnili kręgi wokół nas: 700USD pada odpowiedz, na co wymuszamy uśmiech i w pospiechu ewakuujemy całą grupę i wracamy do rzeczywistości. Dociera do nas ze gdyby na Rodeo sprzedawano zapałki to kosztowałyby 20$ za paczkę, wnuki będą musiały zadowolić się zdjęciami.



Kolejna noc wśród wnuków zdobywców dzikiego zachodu, tym razem dali spać już od 3-ciej, wiec i dla nich jest nadzieja. Ostatni punkt programu to Universal Studios. 16km od hotelu udało nam się przejechać w 1h i nie wiele dłużej wieczorem w godzinach szczytu, jest to możliwe w LA miejscu gdzie jest tyle samochodów co ludzi bo główne arterie są 4 pasmowe (na stronę oczywiście). To tu nakręcono Szczeki, ET (Spielberg), Rzecz (John Carpenter), Pożegnanie z Afryka, Powrót do Przeszłości, Park Jurajski, Wodny Świat, Apollo 13, Terminatora, Gladiatora. Universal to prawdziwe city zaczym z parkingu udało nas się dojść do wejścia do budek z biletami minęliśmy pół kilometra sklepów o tematyce filmowej i przeróżnych restauracji, głośno i kolorowo. Pierwszego odwiedziliśmy Frankensztajna wyskakujące ze ściany trupy wilkołaki wycie ryczące godzille, cóż chyba wyrośliśmy, wrażenie za to zrobiła wspaniale wyposażona sala tortur, nie powstydził by się jej żaden dyktator. Potem przyszedł czas na Universal Tour. Zostaliśmy zapakowani w rodzaj tramwaju którym objechaliśmy miasto filmowe, które szczyci się największa ilością zrobionych filmów. Każdego dnia kręci się tu około 9-ciu różnych filmów, nie jest to sztuka tylko prawdziwy przemysł filmowy jak jest zresztą nazwany. Kolo 40 wielkich hangarów każdy mający wystarczająco miejsca aby pomieścić dekoracje w skali 1:1 dla większości filmów. Dane nam było zobaczyć sceny filmowe z wielu westernów, przeżyć powódź. Następnie przejeżdżaliśmy przez most i przewodnik objaśnił ze właśnie jest doniesienie o trzęsieniu ziemi, most pod nami stąpnął i popękał spadliśmy jedyne 20cm w dół, ale wrażenie było o wiele większe. oczywiście symulacja i po chwili się sam zrekonstruował. Most hydrauliczny grał juz w kilku filmach i zagra pewnie w jeszcze nie jednym, recycling scen filmowych jest tu na porządku dziennym. Kolejna warto wspomnienia atrakcja był przejazd przez jeden z hangarów w których kręcą filmy, przeżyliśmy kolejne dość realistyczne trzęsienie ziemi, wybuch pożaru w metrze, na naszych oczach spowodował on wykolejenie się metra, zawalił się peron, oczywiście wszystko to realistyczne makiety w skali 1:1 potężne efekty dźwiękowe i masę hydrauliki w służbie inżynierów plus wielka Hollywoodzka wyobraźnia. Wszystko to robi wrażenie. Film który ma o wiele mniejsza rozdzielczość niż nasze oko rejestruje na żywo nie pozwala odróżnić tych wyrafinowanych dekoracji od rzeczywistości. W rzeczywiści widać jednak było ze mamy do czynienia z fikcja niestety nasza 4 letnia córka nie potrafiła tego dostrzec i każda pokazówka kończyła się głośnym szczerym płaczem, prawdziwa rozpacza z powodu kolejnej nieuchronnej straty życia. Ostatni punkt programy to słynna scena z wojny światów Stevena Spielberga gdy widzimy rozbity jumbojet Boeing 747, tym razem realizm był 100 procentowy, nie byłem w stanie zauważyć żadnej fikcji: porozrzucany wokół dobytek na przestrzeni kilkunastu arów, może nawet prawdziwy jambojet (tak zapewniał przewodnik) jest w wielu kawałkach, oderwane spalone silniki wciąż dymiły! To była prawdziwa rewelacja, zaaranżowanie tego musiało zając tygodnie, przewodnik powiedział ze 1min tego filmu kosztowała w kręceniu ponad 1mln dolarów!



Jednak nr.1 atrakcja wg, zwiedzających od kilku lat był "Wodny Swiat" z Kevinem Costnerem. Przedstawienie teatralne na zewnątrz z żywymi aktorami, zbudowana scena w skali 1:1 z filmu, kaskaderskie popisy aktorów, skoki do wody z kilkunastu metrów, bójki, walki na skuterach wszystko co w filmie, prawdziwe wybuchy, z 20m czuć było fale uderzeniowa gorąca, i na końcu dosłownie z nikąd w wodzie wylądowała rzeczywistych rozmiarów atrapa samolotu zalewając 5 pierwszych rzędów widowni woda od stop do głów, dosłownie. (Na szczęście UW jest w głębi lądu wiec jest tu dość upalnie). Wtedy zrozumiałem czemu security na początku przedstawienia bez podania przyczyny gdy wyjąłem swój nie najtańszy sprzęt foto powiedziało mi "Sir, ty chciałbyś się przesiąść do ostatniego rzędu tonem przypominającym rozkaz którego wykonania nie chcesz odmówić sam nie wiedząc dlaczego". Dla samego tego przedstawienia warto było odwiedzić Universal Studios, naprawdę niezłe kino niestety nie od odtworzenia w warunkach kina domowego. Realizm był tak pełny ze 4 letnia córka nawet na chwile nie przestała krzyczeć podczas 30 minutowego przedstawienia (przedstawienie było ta głośne ze nie przeszkadzało to innym), może jednak dla rodzin z dziećmi Disneyland byłby lepszy ?


 


Podstrona zostala odwiedzona 2621 razy od 27goGrudnia 2008